czwartek, 10 grudnia 2015

Kolumbia: nie taki diabeł straszny jak go malują

Jest tak pięknie i gorąco, że nie wiadomo kiedy ten czas leci. Tyle się wydarzyło, jak również nasze plany się kompletnie pozmieniały, więc warto to uporządkować.

Wracając do początku; wylądowałyśmy w Kartagenie 1 grudnia, gdzie byłyśmy 3 noce, potem tylko jeden dzień w Bogocie, następnie w Salento, camping w Valle de Cocora i Pereira.

Pierwszy dzień w Kartagenie był trochę ciężki i szokujący, po miesiącu spędzonym w Stanach, gdzie zaczęło nam już być całkiem różowo i wygodnie, czułyśmy się trochę zagubione w tym jakże ciepłym i owianym złą sławą kraju. Zupełnie inny język, kultura, rzucamy się w oczy; ciężko wtopić się w tłum z tym kolorem skóry. Karolina mówi trochę po hiszpańsku, a ja się głównie uśmiecham i mówię, że nie rozumiem. Przynajmniej tak to wyglądało na początku. W Kartagenie nie znalazłyśmy couchsurfing'u, ale za to miałyśmy tani hotel załatwiony przez znajomego Karoliny siostry, który ma kuzyna w Kartagenie. Pierwsze wrażenia; bezdomne koty, zagadywanie na ulicy, malutkie stoliczki z telefonami, które wyglądały jakby były skradzione dosłownie przed chwilą, upał i wyostrzone zmysły. Minimalny szok; co my robimy, dlaczego, przecież było nam już tak dobrze na tej Florydzie. Ale byłybyśmy bardzo głupie gdybyśmy się zniechęciły, co gorsza wycofały w tamtej chwili. Już następnego dnia czułyśmy się o wiele lepiej i pewniej. Pojawiły się sympatyczne akcenty - w jednym sklepie zrobiono nam zdjęcie i poproszono o podpisanie się na mapie świata, bo jeszcze nikogo wcześniej nie mieli z Polski. Następnego dnia poszłyśmy już do hostelu, żeby poznać ludzi, zrelaksować się, posłuchać historii i wkręcić się w klimat. Tego samego dnia spotkałyśmy się z chłopakiem z couchsurfing'u, który nie mógł nas gościć, ale chciał się spotkać i pokazać miasto. Wypożyczyliśmy rowery i zwiedziliśmy miasto po zmroku. Śmigałyśmy na niewiarygodnie różowych rowerach, oczywiście z kaskami pod kolor. A mówiono, żeby nie wyglądać jak turysta ;). Pan, który wypożyczał nam sprzęt uznał, że to nam się najbardziej spodoba, wyglądałyśmy co najmniej śmiesznie, do tego miałyśmy odblaskowe kamizelki, chociaż widząc jak jeżdżą samochody w Kolumbii założyłyśmy kamizelki bez wahania... Bardzo fajny Kolumbijczyk, wiedział bardzo dużo o mieście i historii. Już w Kartagenie wiedziałyśmy, że nasz plan na przejechanie wszerz całego kontynentu Ameryki południowej może się nie udać. Za mało czasu i wahanie, czy wystarczy nam pieniędzy, czy zdążymy, co jak będzie tak jak w Kartagenie i nie znajdziemy couchsurfing'u etc. Zaczęła się burza mózgów, miliony pomysłów.
Wieczorem jeszcze poznałyśmy dużo osób i również dowiedziałyśmy się od jednej dziewczyny, która podróżuje już od ponad roku po Ameryce południowej, o stronie internetowej "workaway". Jest to wolontariat w zamian za nocleg i zwykle również dostaje się śniadanie lub więcej posiłków. W tym momencie miała moją pełną uwagę, a w naszych głowach zaczął się już tlić pomysł na nasze dylematy: ograniczony czas, budżet i problemy ze znalezieniem couchsurfing'u. Zdecydowanie spodobał nam się pomysł zwolnienia tempa i zmiany trasy. Fenomenalnie jak życie same nam znajduje rozwiązania, albo również krzyżuje plany.

Po 3 dniach w Kartagenie był już czas jechać dalej, nie wiedząc jeszcze dokładnie jak się reszta potoczy kupiłyśmy lot do Bogoty, był dosłownie 50zł droższy niż autobus, a 15h krótszy. Na couchsurfing'u dostałyśmy duży odzew. Niestety głównie od osób bez referencji/komentarzy, cóż czekałyśmy dalej. Nagle dostałyśmy wiadomość od chłopaka z Bogoty, że nie może nas gościć, ale oferuję żeby dołączyć się do niego i jego znajomej na wyprawę do Salento i do Valle de Cocora, gdzie i tak planowałyśmy jechać, po chwilowej dyskusji zgadzamy się, co oznacza że spędzimy w Bogocie tylko jakieś10h. Lot liniami Viva Colombia byłyby bardzo udany, gdyby nie to, że po odebraniu plecaka jedna kieszeń plecaka była otwarta i nie było 2 pendrive'ów i scyzoryka (jego najbardziej żal). No cóż oby komuś dobrze służyło, nie wielka strata. Mamy jeszcze scyzoryk Karoliny.
Dziewczyna z Bogoty, z couchsurfing'u zgodziła się nas oprowadzić po mieście, a w zamian chce ćwiczyć angielski-super układ. Cudowna dziewczyna, wzięła nas na dworzec, gdzie kupiłyśmy bilety na nocny autobus do Pereira, gdzie następnego dnia rano miałyśmy się spotkać z naszą dwójką towarzyszy podróży (wszystkie miejsca w ich autobusie zostały już wykupione). Wzięła nas nawet do siebie do domu, gdzie wysłałyśmy pierwsze zapytania o wolontariat w okolicy Salento i Pereira.

Znaleźliśmy się z Mauricio i Carol w Pereira bez problemu. Mauricio znał świetnie okolice, podobno bywa tam dość często. Nie dziwię mu się, bo było tam przepięknie. Salento w niczym nie przypominało Kartageny, ani Bogoty. Spokojne miasteczko z panami w sambrero, grającym na gitarach. Dużo sklepików z ręcznie robiony rzeczami, większość pod turystów, również tych Kolumbijskich turystów. Jakoś tak sielankowo... Podoba nam się. Zdjęcia, piwo, muzyka i czas spać.
Następnego dnia pojechaliśmy do doliny (Valle de Cocora), widok zapiera dech. Jest przepięknie. Mauricio zapytał, czy chcemy zrobić naszą przyprawę na lewelu ciężkim, czy strasznie ciężkim: wszystkie w 3 zgadzamy się na strasznie ciężki szlak i było warto. Zdjęcia nie są w stanie oddać piękna tych widoków. Udało nam się wdrapać na górę, mimo zadyszki, a po drodze zobaczyć kolibry. Wieczorem rozpaliliśmy ognisko i poszliśmy spać do namiotów. W nocy wcale nie było ciepło, skończyło się na tym, że miałam czapkę, bluzę, dwie pary leginsów, śpiwór, a na stopach, oprócz skarpetek, miałam założone rękawiczki. Następnego dnia pożegnaliśmy się i pojechaliśmy w swoje strony, oni do innego parku i gór, a my już miałyśmy odzew z "workaway", żeby pomóc w przygotowaniu festiwalu, który jest już w tą sobotę, czyli jutro, a my od 4 dni pocimy się wraz z szóstką innych wolontariuszy i grupą latynosów. Jest świetnie! I już nie możemy doczekać się festiwalu- Kolumbijska wersja "Burning Man", który oryginalnie odbywa się w Nevadzie. Będzie muzyka elektroniczna i prawdopodobnie nieprzespany weekend.

Continue Reading
4 komentarze
Share:

środa, 2 grudnia 2015

Ostatnie dni okazały się najwspanialsze

Wow! tak mogę skomentować ostatni tydzień naszego pobytu w USA. Najlepsi ludzie, najlepsze wspomniana i najcięższe pożegnanie. Jest nam strasznie żal, do tego stopnia, że pół żartem, pół serio pojawiły się rozmowy o o powrocie na Florydę, co oznaczałoby całkowitą zmianę planów. Byłyśmy rozdarte, tym samym wiemy, że tu nas tyle czeka, a po powrocie do stanów może już nie byłoby to samo.
Cofając się do początków Miami, czyli jakiś tydzień temu, można powiedzieć tyle, że jak się nie ma dużo pieniędzy to oprócz plaży i spacerów po pięknych ulicach to nie ma co robić. Nasz host z couchsurfing'u Marcos pracował do 2 w nocy, więc złaziłyśmy same Miami Beach i wylegiwałyśmy się na plaży, gdzie odsypiałyśmy nieprzespane noce Orlando. W związku z tym, że nie było zachwytu postanowiłam skontaktować się ze znajomą, która studiowała ze mną w Warszawie. Dominika pochodzi i mieszka obecnie na Florydzie, a dokładnie w Hollywood, które jest zaledwie 30min od Miami. Następnego dnia byłyśmy już u niej. Poznałyśmy jej znajomych, z Kuby i z Kolumbii. Odwiedziłyśmy też na chwilę Dominiki miejsce pracy, gdzie współpracownika opowiadała o czasach jak była prostytutką, prawdziwe oblicze Ameryki, nic tutaj nie zaskakuje. Wieczorem był czas na imprezę, chyba było jeszcze lepiej niż w Orlando. Wracając z imprezy zatrzymała nas policja, kazała wysiąść z samochodu, ręce na maskę, zupełnie jak w filmie. Szukali narkotyków. Co ciekawiej okazało się, że policjantka była Polką, więc jak znalazła w mojej kieszeni nasze polskie paszporty uśmiechnęła się i zagadała po polsku. Po 5 min byliśmy wolni, i rodośnie życzyliśmy sobie wzajemnie dobrej nocy. Jedno z ciekawszych i dziwniejszych doświadczeń w Ameryce.
Kolejnego dnia, Dominika zawiozła nas do Fort Lauderdale, gdzie czekało nas święto dziękczynienia, wydarzenie organizowane przez couchsurfing. I właśnie tam, w okolicach Fortu zostałyśmy ostanie 5 dni, najlepsze 5 dni!
Święto dziękczynienia było extra! Dużo ludzi z różnych krajów, również osoby z Polski, dużo jedzenia i wiele nowych znajomości. Od tego dnia byliśmy nierozłączni z Lenn'em (chłopak z Belgii, który podróżuje na piechotę po USA), Brad (prawdziwy kowboj), Janna (w połowie greczynka z Niemiec, która pracuje na Florydzie), no i my. Zgraliśmy się świetnie! Czuliśmy jakbyśmy się znali od zawsze, wspólne gotowanie, plażowanie, wylegiwanie się na basnie i rozmowy. Nie miejsce czyni doświadczenie, a ludzie, po raz setny się przekonujemy o tym. W wakacje więc musimy pojechać do Montenegro, a potem zjazd w Grecji ;).

Continue Reading
Brak komentarzy
Share:

środa, 25 listopada 2015

Słoneczne Orlando

Pierwsze co uderzyło nas po wyjściu z autobusu to fala ciepłego powietrza, kurtki wylądowały na dnie placaków.
Widzimy pierwsze palmy: jesteśmy szczęśliwe! Floryda przywitała nas świetnie. Tym razem gościł nas Hindus i jego dość liczni współlokatorzy. Ashaan i Jose pracują razem dla firmy robiącej gry; np. pracowali nad grą FIFA. Był jeszcze Amerykanin, który wychowywał się w Peru, w Cuzco, ponieważ rodzice wybudowali tam dom dziecka i postanowili zostać, kiedy on miał 7 lat. Wrócił sam do USA kiedy miał 17lat. Był też imprezowy Amerykanin, Philipp i dziewczyna Jose, Stephanie. W Orlando spędziłyśmy aż 4 noce i mimo tego, że wszyscy uprzedzali nas, że nic nie ma w Orlando (poza Disney World) to i tak spędziłyśmy fantastycznie czas. Dużo imprez, wieczorami miasto tętniło życiem, byłyśmy w klubach, pływałyśmy w jeziorze i generalnie czas upływał na dobrej zabawie. 
Faktycznie nie było co tam zwiedzać, ale poznałyśmy super ludzi i wybawiłyśmy się więcej, niż gdziekolwiek indziej. Również dzięki Ashaan'owi, który wygrał bilety w pracy, mogłyśmy być w sekcji VIP na pokazie orkiestr szkolnych. Tam zabroniono mi wnieść malutki plecak (praktycznie pusty), ze względu na ataki w Paryżu. Przy czym można było wnieść torebki, byle nie plecak: nie widzę logiki. Pan strażnik też nie widział sensu, ale musiał wykonywać swoją pracę, na szczęście udało się zostawić plecak w małej włoskiej restauracji. 
Nic się nie znamy na orkiestrach, ale było super, przede wszystkim dlatego, że w sekcji VIP miałyśmy jedzenie, wino i piwo 🍺 🍷. Na razie mamy dużo szczęścia, oby tak dalej 👌. 
Orlando spisało się na medal, albo to kwestia naszych ludzi u krytych mieszkałyśmy!

Continue Reading
2 komentarze
Share:

Atlanta: miasto duchów

W Atlancie było nam dziwnie. Chwilami nieciekawie. Miasto wydawało się opuszczone. Mało ludzi na ulicach, a z pewnością nikogo białego. Wszyscy tylko w samochodach.
Pierwszy problem pojawił się po wyjściu z autobusu: gdzie zostawić plecaki? Nie będziemy ich nosić przez 13h. w Atlancie nie na żadnych hosteli, ani przechowywalni bagażu, co zrobić? Znalazłyśmy więc na mapie w telefonie jakiś hotel. Bardzo elegancki, z samymi drogimi samochodami i elegancką obsługą. A my cóż... Zmęczone, z plecaki i bynajmniej nie pasujemy do obrazka. Miałyśmy szczęście, bo Pan bagażowy był z Bułgarii i w wolnym czasie podróżuje, skończyło się na 30 minutowej rozmowie o naszych planach i jego przygodach w dżungli, w Peru i jak to nam zazdrości, wziął bagaże, mrugnął i powiedział, żeby się nie przyznawać przy odbiorze, że tu nie mieszkamy, albo mówić, że nie było miejsc gdyby ktoś nas wieczorem pytał. Nikt o nic nie pytał...
A więc co robić przez tyle godzin? Deszcz pada ☔, miasto nic pięknego, nikogo nie znamy, ale chodzimy. Znalazłyśmy siedzibę CNN, najwidoczniej Atlanta z tego słynie, bo był to ogromny budynek, dużo wycieczek szkolnych, a my mogłyśmy się tam schować przed deszczem i wypić kawę. Przed nami wciąż dużo godzin, więc pojawił się pomysł kina, na piechotę najbliższe kino miałyśmy z godzinę drogi, idealnie, cała ta atrakcja zajmie nam spokojnie kilka godzin, akurat! W drodze do kina, bardzo dużo bezdomnych, dziwne ulice, trochę strasznie ale udajemy pewne siebie, jak ktoś macha odmachuje, uśmiecham się, idziemy dalej udając, że wcale nie odstajemy tak strasznie od otoczenia i totalnie wiemy co robimy idąc tymi dziwnymi ulicami. Skończyło się tylko na minimalnie przyspieszonym tętnie,  śmiałyśmy się, że może wyglądamy już jak 'swoje', dlatego nas nikt nie rusza. 
Obejrzałyśmy nowego Jamesa Bonda "Spectre", mój pierwszy Bond jaki widziałam i okazał się dobrą decyzją 🎥. Zajęło nam to wystarczająco dużo czasu, by powoli wracać, odebrać plecaki i czekać na nasz autobus do Orlando.

Continue Reading
Brak komentarzy
Share:

środa, 18 listopada 2015

Zielona stolica czyli Waszyngton DC

Waszyngton był ostatnim miastem przed odjazdem konkretnie na południe. Jesteśmy właśnie w drodze do Atlanty, gdzie będziemy tylko 13h i znów przesiądziemy się w nocny autobus, tym razem już na Florydę, do Orlando, o którym notabene prawie każdy Amerykanin mówi "puke" (rzyg), że nic tam nie ma oprócz parków rozrywki i generalnie do kitu. Chcemy się przekonać i mieć opinie, a przede wszystkim założyć krótkie spodenki, w Orlando 30 stopni :).
O Waszyngtonie też słyszałyśmy różne opinie, a wrażenia zdecydowanie na plus. Jak dotąd wydaje się najbardziej zielone i chyba ładniejsze od reszty miast. Ilość pomników jest niezliczona i trzeba przyznać, że są niezłe; pomnik upamiętniający wojnę w Korei, w Wietnamie, pomnik Jefferson'a, Lincoln'a, Martin Luther King'a, Einstein'a, World war II memorial, i inne do których nie doszłyśmy, nie wspominając o Białym Domu.
Nie można zapomnieć, że do dobrych wrażeń przyczynił się couchsurfing, tym razem mieszkałyśmy w akademiku u Dorde (czyt. Dźordźe), inaczej Grześ, jak został przez nas czasem nazywany, z Montenegro. Bardzo miły i uroczy człowiek, który jest w Stanach na jeden rok w ramach stypendium. Udało nam się pomieścić w małym pokoiku, który dzieli z chłopakiem z Singapuru, Yuki. Yuki był niesamowity, gdyż prawie codziennie wracał do pokoju około 5 rano, czasami z biblioteki, a czasami niewiadomo skąd. Równie miły jak Grześ, ale nie mieliśmy wiele interakcji że względu na to, że w dzień spał, a w nocy go nie było.
Już pierwszego wieczoru/nocy wydarzyła się sytuacją, która przypomniała, że jesteśmy w Ameryce. Otóż jest to akademik wolny od używek i na jego terenie nie wolno spożywać alkoholu. W towarzystwie Grzesia i innych międzynarodowych studentów poszłyśmy wypić piwo w jednym z pokojów jak przystało na studentów. Było nas około 7 osób, więc zrobiło się a pewnej chwili trochę głośniej. I tu się zaczęła afera o to, że osoby w wieku 21-28 lat piją piwo 🍺. Przyszła dziewczyna, która jest odpowiedzialna za korytarz i płacą jej za interwencję takie jak te. Spisano wszystkie osoby i oficjalnie wylano resztę piwa z butelki. Następnie każdy musiał odpowiedzieć na 3 pytania, gorzej, niż na integracji w pierwszej klasie liceum. My sobie już jedziemy dalej, ale chłopaki zostali z problemem i mają się indywidualne stawić na jakąś rozmowę w tym temacie. Śmieszne, ale również nam przykro, bo mogą mieć kłopoty.
Drugiego dnia byłyśmy na meczu NBA, Washington Wizards contra Orlando Magic. Kiedy usiadłyśmy na swoich miejscach Karolina zapytała dlaczego jest tak mało zawodników na boisku, na co odpowiedziałam, że może się rozgrzewają, wstyd się przyznać, ale okazało się, że już od jakieś czasu trwała gra. Grał również słynny Gortat. Dopingowałyśmy po polsku, ale nic nie słyszał, może to dlatego, że byłyśmy na 4 piętrze stadionu, w jednym z najtańszych sektorów, no cóż, ważne, że duchowo musiał czuć wsparcie rodaczek. ;)
Kolejne 2 dni zleciały na zwiedzaniu i słodkim lenistwie. Będziemy trochę tęsknić za Dźordźe. Czujemy jak byśmy go znały już od bardzo dawno, a nie 4 dni. Może to ta słowiańska krew ułatwiła szybkie nawiązanie porozumienia, a może ten malutki i duszny pokój. Cokolwiek to nie było, były obietnice o spotkaniu w Montenegro, lub gdzieś w Europie... 🌎

Continue Reading
2 komentarze
Share:

niedziela, 15 listopada 2015

Baltimore i Filadelfia

Ostanie dni zleciały w błyskawicznym tempie.
W Filadelfii mieszkaliśmy u dalekiej rodziny Karoliny, których ona sama nigdy wcześniej nie widziała. Fantastyczne doświadczenie i naładowane baterie na długo. Ugoszczono nas jak nam się nigdy nie śniło. Zostałyśmy wzięte w obroty i zaraz miałyśmy maseczki na twarzy, pełne brzuchu, puchową pościel, i wino 🍷. Ciężko mówić coś o Filadelfii, gdyż bardziej będziemy wspominać rodzinę i luksus jaki nam zapewnili ogromną gościnnością, niż Filadelfie samą w sobie. Pewnie w jakieś cięższe i przygnębiające dni w Ameryce Południowej będziemy wspominać właśnie te wieczory. Jeżeli już mówić o mieście to momentalnie wydaje się bardziej historyczne, niż Nowy York. Muzea, dużo informacji na temat wczesnych kolonistów. To właśnie tam podpisano konstytucję Stanów Zjednoczonych. Wciąż jest to bardzo duże miasto, ale wydaje się bardziej przyjazne do życia, niż Nowy York.
W stronę Baltimore udałyśmy się już z cięższymi plecakami, doszły konserwy i inne spożywcze dobra.
Baltimore  okazał się bardzo krótka wizytą. Mieszkałyśmy u Andrew dzięki społeczności couchsurfing (strona, która pozwala na bezpłatny nocleg w ramach wymiany kulturowej, poznawania nowych ludzi itd. pewnie każdy ma inne powody dla których chcą gościć obce osoby). Andrew i jego dziewczyna byli cudowni, prawie każdy kto korzysta z couchsurfing jest cudowny, jakby nie patrzeć jest to pomoc bezinteresowna. Andrew pracował przy odlewie brązu, a jego dziewczyna studiowała fotografie. Pierwszego wieczoru przeszliśmy się po wybrzeżu, blisko portu i zjedliśmy azjatyckie żarcie, w barze, gdzie nauczycielka Andrew wystawiała swoje obrazy. Kolejnego dnia zwiedziłyśmy z Karolina Baltimore na własną rękę. Okazało się, że jest wiele polskich akcentów, znalazłyśmy przypadkowo pomnik upamiętniający Katyń, pomnik był intrygujący, bo przedstawiał nawet husarie. Był też pomnik papieża, Jana Pawła II. Chodziłyśmy tak trochę w ciemno po mieście, postanowiłyśmy znaleźć McDonald's, by złapać Wi-Fi i napić się kawy, weszłyśmy do najbliższego jaki znalazłam na mapie w telefonie. Okazało się, że musimy być chyba w bardzo nieciekawej dzielnicy, dziwni ludzie, bezdomni, tatuaże na twarzy, zagadywanie, większość wydawała się pod wpływem jakiś ciekawych substancji. Chwila zawahania i postanawiamy zostać mimo wszystko, widzimy, że jest ochroniarz, który trzyma rękę na broni i popija coca cole. Zanim skończyłyśmy pić kawę, poszedł do nas jakiś człowiek z wytatuowanym fioletowym serduszkiem pod prawym okiem i pyta czy może zadzwonić z naszego telefonu. Całkiem słaba próba kradzieży. Wytłumaczyłam mu, że nie może zadzwonić, bo to tel z Polski i grzecznie odszedł, kontem oka patrzyłam już na tego ochroniarza, ale kompletnie nie był zainteresowany sytuacją. Tuż po wyjściu z McDonalda zapytano nas, czy chcemy kupić trawę, podziękowałyśmy i oddaliłyśmy się z tej okolicy szybszym krokiem. :) wszystko to miało miejsce około 15:00. Ulica Brzeska w Warszawie robi mniej niepokojące wrażenie. ;)
Wracając do tego dlaczego nasza wizyta w Baltimore była skrócona o jedną noc? Poszczęściło nam się, Andrew jechał akurat na koncert do Waszyngtonu. Świetny zbieg okoliczności, zamiast budzić się na autobus, który był o 8:30 rano kolejnego dnia, to o 21:00 byłyśmy już w Waszyngtonie dowiezione do kolejnego hosta (kolejna osoba z couchsurfingu). Tym razem jesteśmy w akademiku, na kampusie American University. A o tym więcej następnym razem.

Continue Reading
1 komentarz
Share:

niedziela, 8 listopada 2015

Pożegnanie betonowej dżungli

Ostanie kilka dni w Nowym Yorku były prawie równie intensywne jak pierwsze. High Light: Byłyśmy w nowojorskim klubie. Ku naszej uciesze wpuszczono nas bez problemu mimo, że nas strój nie dorównywał eleganckim strojom reszty ludzi wokół nas. Po wjeździe windą przywitał nas fantastyczny widok na Empire State Building, który cała noc przypominał nam gdzie jesteśmy. Zdecydowanie warto było raz się wybrać i wytańczyć, nawet nie zabrało piosenki Jay Z- Empire State of Mind.
Z ciekawostek, potwierdzam plotki, że na Brooklynie picie że słoików jest "cool". ponad rok temu byłam na jednej warszawskiej domówce u znajomej z wydziału Amerykański, zamiast szklanek miała słoiki, na pytanie "dlaczego?", powiedziała, że tak się pije na Brooklynie. Wczoraj byłyśmy u znajomych Chris'a, właśnie w tej dzielnicy i zamiast szklanek faktycznie były słoiki. ;)
Jutro jedziemy do Filadelfii. Jak wrażenia z Nowego Yorku? Mieszane. Karolina się pewnie ze mną zgodzi, aczkolwiek jest to bardzo subiektywna opinia, mnie nie zwalił z nóg. Jest to kolejna lub po prostu jedna z wielu betonowych dżungli. Chcąc nie chcąc, Nowy York miał trudne zadanie, ponieważ były duże oczekiwania spowodowane jego sławą i jak jest promowany. Było nam tu fajnie, ale już cieszymy się na kolejne miasta na których nie brzemię wysokie oczekiwanie, kolejne przystanki mogą nas tylko zaskoczyć. 9 dni okazało się zdecydowanie wystarczające i zdecydowanie czas ruszać dalej.

Continue Reading
1 komentarz
Share:
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Featured Post Via Labels

Instagram Photo Gallery