wtorek, 12 stycznia 2016

Brazylijskie plaże

W telegraficznym skrócie można by było powiedzieć, że ostatnie dni upłyneły nam na zwiedzaniu i użytkowaniu plaż w stanie Sao Paulo, ale wydarzyło się znacznie więcej.

Janna przyjechała z Florydy do Sao Paulo, gdzie odebrałyśmy ją z naszym nowym hostem. Sao Paulo to największe miasto w Brazylii i faktycznie jest ogromne, odległości są fatalne, ale szczęśliwie Tuba (tak siebie przedstawia nasz host) miał samochód. Tuba od Tuborowski, którego dziadek przyjechał do Brazylii po wojnie.

Dzień w Sao Paulo zleciał szybko i prawie na niczym, deszcz i jeszcze raz deszcz. Byliśmy w ogromnym parku i w barze. Miasto przytłacza swoim ogromem i z ulgą pojechałyśmy w strone wybrzeża, tym samym oddalając się od deszczu i milionów ludzi.

Zaczęłyśmy w Maresias, dużo surferów, ładna plaża, sielanka. Na śniadaniu w hostelu poznałyśmy Szweda z Brazylijczykiem, którzy zabrali nas na piękną plaże tylko 20 min na północ, podobno całe wybrzeże w tym stanie jest pełne fajnych plaż. Nie można też zapomnieć o 2 fantastycznych kobietach z naszego hostelowego pokoju, które pomogły nam znaleźć tanią restauracje i jakoś tak już trzymałyśmy się razem przez kolejny dzień. Nie mówiły po angielsku, ale mieszanka hoszpańskiego z portugalskim i wielojęzykowe zdolności Janny sprawiły, że spędziłyśmy sympatycznoe czas i dowiedziałyśmy się dużo na swój temat. Z ciekawostek jedna z nich tańczy sambe podczac pokazów karnawałowych w Rio.

Wreszcie dostałyśmy odzew z couchsurfingu i znalazła się dziewczyna w Cuaraguatatuba. Zaprosiła nas do swojego nowo otwartego hostelu. Plaża już nie taka piękna, ale czas spędzony fantastycznie. Znów poczułyśmy się jak szesnastolatki w skateparku z wianuszkiem chłopaków, w większości młodszych od nas i tanim winem. Potem te samo towarzystwo zabrało nas na jakąś ukrytą plaże, gdzie zrobiliśmy ognisko, a potem musieliśny w nocy uciekać przed przypływem. Caraguatatuba nie powala pięknem, ale na zawsze pozostanie w naszych sercach. Fabioli (nasza gospodyni w Caraguatatuba) życzymy powodzenia z nowym hostelem, szczególnie, że obiecałyśmy kiedyś powrócić.
Ewidentnie czas przestać składać obietnice o ponownych spotkaniach...

Continue Reading
Brak komentarzy
Share:

środa, 30 grudnia 2015

Ponta Negra: nasz mały raj na ziemi

Trafiło się nam jak ślepej kurze ziarno. Po Rio miałyśmy załatwionego hosta w Ponta Negra, sam napisał do nas na couchsurfingu z ofertą, żebyśmy przyjechały do Ponta Negra, gdzie opiekuje się domem gościnnym jakiś Amerykanów. Wysłał nam link do tego pensjonatu: dom jest nad samym oceanem i do tego z basenem. Od razu myślimy, gdzie jest haczyk, za dobre to żeby było prawdziwe, a jednak.
Więc jesteśmy w Ponta Negra, niecałe 2 godziny na północ od Rio de Janeiro. Jest cudownie, jest również grupa młodych Brazylijczyków z którymi spędzamy wieczory i próbujemy brazylijskich drinków. W ciągu dnia lenimy się na plaży lub w basenie, a największym wysiłkiem dnia jest przejście się do lokalnego marketu na ewentualne zakupy. Czas zwolnił, jest nam tu bardzo dobrze. Wspaniałe rozpoczęcie 2016 roku. 

Teraz Sao Paulo, największe miasto w Brazylii :)

Continue Reading
Brak komentarzy
Share:

wtorek, 29 grudnia 2015

Rio de Janeiro i droga do Jezusa:Corcovado

W Rio byłyśmy trzy dni, moim zdaniem jak w sam raz, może nawet za krótko. Jak komuś nie przeszkadzają ogromne tłumy; człowiek na człowieku na plaży, to jest to bardzo fajne i pozytywne miasto, aczkolwiek w oceanie można się poczuć jak w wakacje na Warszawskim moczydle.
W Brazylii poczucie bezpieczeństwa kontrastuje z wrażeniami po Kolumbii, gdzie faktycznie czułyśmy się często nieswojo. Ciężko nawet uwierzyć, że w Rio są ogromne fawele, pewnie nawet największe w Brazylii. Było bardzo normalnie, w metrze nawet Brazylijczycy trzymają z przodu plecaki, ale wcale nie czułam się inaczej, niż w Paryżu, czy innym wielkim mieście, gdzie w metrze łatwo coś stracić. Tylko w brazylijskim metrze jest weselej; ktoś coś krzyknie, ludzie się śmieją, wydaje się symaptycznie. Kolejnym plusem jest, że nie odstajemy tutaj tak jak w Kolumbii, w Brazylii ludzie mają każdy możliwy kolor skóry i odcień włosów, przez co nie jest to oczywiste, że tu nie mieszkamy, a przynajmniej tak się oszukujemy. Może to Kolumbia nas tak zahartowała, bo ludzie mowią, że w Rio strasznie kradną, napadają z bronią, naszym zdaniem jest lajtowo, mimo, że to były tylko 3 dni. Albo na prawde ciężko przebić Kolumbie. Tutaj, nawet młode chłopaki, które kręcą się blisko nas w lokalnym markecie i ewidentnie chcą nas okraść nie robią dużego wrażenia; dajemy wymowne spojrzenie: nie ma szans, nie okradniesz mnie, wiem o co Ci chodzi, odejdź i faktycznie spojrzenie wystarczyło, żeby odpuścili i poszli sobie. Zaraz pojawił się blisko nas ochroniarz, chyba też zauważył co się dzieje.
Wracając do atrakcji Rio; Copacabana i Ipanema to dwie najpopularniejsze plaże, jak dla nas zdecydowanie za dużo ludzi, ale warto, chociażby żeby zobaczyć ten tłum.
High Light naszego pobytu w Rio to wspięcie się na Corcovado, do słynnego Jezusa. W internecie przede wszystkim można znaleźć informacje o tym, że do statuy można wjechać kolejką za jakieś 70zł lub vanem za bodajże ciut mniej. Tak czy siak słabo... Patrzymy na mapę i myślimy czy da się tam może jakoś wejść na piechotę i zakombinować za darmo. W internecie żadnych jasnych i jednoznacznych informacji nie można uzyskać, nie mówiąc o aktualnych. Na jednej stronie piszą, że można wejść, ale potem trzeba i tak zjechać vanem i kupić bilet, ale informacja z 2012 roku. Do 2015 powinni byli rozwiązać taką głupote. Znajdujemy też, że jest trekking do Jezusa z przewodnikiem za 90usd, czyżby wchodzenie było droższe? Na kilku blogach okazuje się, że są ludzie którzy wchodzili; opisują, że szlak jest ciężki i stromo: najważniejsze, że wiemy, że da się tam jakoś wejść indywidualnie. Jakoś to będzie - myślimy. Poddajemy się z dalszym przekopywaniem stron internetowych, szczególnie, że sprawia to, że wiemy coraz mniej, poza tym czas spać, skoro chcemy rano ruszyć. Ryzykujemy; nie do końca pewne czy faktycznie da się, czy w ogóle damy radę fizycznie i czy skończy się to zaoszczedzeniem kasy. Swoją drogą wydaje nam się, że te firmy co organizują te trekkingi do Jezusa płacą, żeby nie było jasnej informacji na stronach internetowych, że można wejść samodzielnie bez problemu, tym samym ileś osób po prostu kupi taką wycieczkę od nich.
Rano spakowałyśmy kanapki, wodę i jedziemy się przekonać. Wyczytałyśmy, że zaczyna się wszystko od parku Lage, gdzie rejestrujesz się u strażnika, o której godzinie wszedłeś na szlak. Szlak jest oznaczony bardzo dobrze, nie wiem po co komu tam jakiś przewodnik. Faktycznie jest stromo, pot się leje litrami przy tej temperaturze. Po zaledwie niecałych 2 godzinach jesteśmy na górze, do tego bardzo dumne z siebie :). Spocone usiadłyśmy na schodach obok wielkiego symbolu Rio de Janeiro, by zjeść nasze kanapki, musiałyśmy wyglądać przedziwnie; dzikie tłumy pięknych ludzi, w fajnych sukienach, którzy wzięli 20 minutową kolejkę i pozują do zdjęć, a my takie zmachane, Karolina bezwstydnie bez bluzki, w samym staniku, bez krępacji gorszy innych turystów. Nic nas nie obchodzi, właśnie udało nam się tu wdrapać o własnych siłach. Na górze płacimy po 23 reale, żeby móc wejść na taras widokowy ze statuą Jezusa, czyli w sumie 23 zlote. Udało się zaoszczędzić, co nawet nie jest najważniejsze, okazało się że ten trekking był większą frajdą i przygodą, niż ten cały wielki Jezus pełen ludzi, ale widok z góry niesamowity. Najedzone zaczynamy zazdrościć, że wszyscy wyglądają świerzo i ładnie, zazdrościmy, że będą mieć extra zdjęcia. Próbujemy rozpuścić włosy, żeby jakoś ratować sytuacje; jest jeszcze gorzej... ;)Nic nie pomoże, zdjęcia są jakie są; spocone i zmęczone, ale szczęsliwe. Zrobiłyśmy zdjęcia i wróciłyśmy do lasu, gdzie znów cisza, ptaki, małpy i cień drzew.

Continue Reading
Brak komentarzy
Share:

piątek, 25 grudnia 2015

Na Florydzie prawie jak w domu

Powrót na Florydę był prawie jak powrót do domu. Już nic nie zwiedzałyśmy, ani nie szukałyśmy przygód.Tydzień zleciał w mgnieniu oka. Same przyjemności plus załatwianie 'gdzie, co i jak' odnośnie Brazylii.

Na początku zatrzymałyśmy się u Janny, Niemki, którą znamy z ostatniego pobytu, zanim wyruszyłyśmy do Kolumbii. Ten pobyt był bardzo krótki, ponieważ jechała zaraz do Niemiec, na święta. Czas zleciał na tenisie, jacuzzi i basenie, tak wygląda osiedle na Florydzie; jest dostęp do kortów tenisowych i basenu, wydaje się to być tu normą. Janna zawsze chciała pojechać do Brazylii, więc przyjedzie tam nas odwiedzić po nowym roku i spędzimy tydzień podróżując we trzy.
Potem przeniosłyśmy się do Dominiki z Hollywood. Ah, ta dziewczyna, znów nas upiła... tym razem nie było policji, ani żadnych wielkich przygód. ;)
Była też Dominiki mama, strasznie fajna babka, która była studnią bez dna jeżeli chodzi o przeróżne ciekawe historie: swoje, jak i ludzi których zna. Między innymi opowiadała o swojej ekspedycji w Peru z hrabią Albertem Sługockim, na którego temat się rozpływała i znała wiele jego opowieści z pierwszej ręki; jak to on handlował swojego czasu ropą na amazonce, lub jak był szpiegiem dla USA, każda z tych opowieści rozbudzała wyobraźnię, to musiały być dopiero piękne czasy, by być w tamtych rejonach. Zazdroszczę tej Pani, że miała przyjemność podróżować po Peru w tamtych czasach, kiedy podróż to była eskapada, a prawie każdy tam napotykany człowiek szukający przygód był nietuzinkowy.
U Dominiki byłyśmy łącznie tylko 2 noce, gdyż ona pracowała od rana do późna. Zjadłysmy pyszną zupe, makowiec i polski chleb. Na ostatnie 3 noce przeniosłyśmy się do hosta z couchsurfing'u. Steve miał fajny dom, blisko do plaży, psa i 3 inne dziewczyny, też z couchsurfing'u w tym samym czasie. Każda inna, i każda z zupełnie innych powodów znalazła się na Florydzie. Była Rosjanka, którą była w drodze do męża, który czeka na nią w Kolumbii. Była Niemka, którą przyjechała na zajęcia z yogi, w tym nauki jak poprawić swoje życie itd. Ostatnia była Austriaczka, która spędziła z nami najwięcej czasu u Steven'a. Przyjechała podróżować po flrydzie, gdyż zawsze chciała zobaczyć Stany. Steven gościł już ją i Niemke ówcześnie, przed tą jogą, po poznaniu się pojechały tam razem medytować i słychać jak żyć i cieszyć się życiem. No i my, z już zszuranymi plecakami, jako jedyne bez makijażu, i jedyne które nie miały nic do powiedzenia jak dziewczyny dyskotowaly na ile kolorów segregują swoje pranie. Spojrzałam tylko na moją i Karoliny sterte ubrań, która dokładnie tak jak leży, razem, wyląduje w pralce i cieszyłam się w głębi duszy, ze 20 min segregacja na 3 różne pralki nas nie dotyczy.
Nie krtytykuje segregacji, w domu jak mam okazję to też chętnie posegreguje ciuchy, po prostu w takiej podróży tak dużo się zmienia, tak mało rzeczy ma znaczenie lub jest problemem. Jest tysiące sytuacji, które w domu zrobiłybyśmy, czy potraktowaly inaczej, teraz najważniejsze jest gdzie spać i co zjeść; wszystko smakuje o wiele lepiej, a wygodna kanapa do spania to luksus...

Tak, przy okazji, dzisiaj dotarłyśmy do Brazylii! Przyleciałysmy do miasteczka blisko Campinas, w autobusie z lotniska do Campinas poznałysmy pilota, super czlowiek; opowiedział jak latał dla air force, albo jak teraz lata z różnymi ładunkami, np przewozi zwierzęta na pokazy, albo do zoo - do USA. Następnie wzięłyśmy autobus do Rio de Janeiro. Mamy tam już załatwionego hosta, zobaczymy jak będzie i czy uda się znaleźć jego mieszkanie, ponieważ nie używa telefonu. No nic, powiedział, że będzie w domu i, że ma też innych couchsurferow już na miejscu, więc zapowiada się fajnie.
Tymczasem jesteśmy trupami: nocny lot, który trwał 8,5h, a teraz autobus 7h do Rio de Janeiro. Najważniejsze, że humor dopisuje; póki co Brazylia robi świetne wrażenie; piękni, mili i uśmiechnięci ludzie. :)

Continue Reading
Brak komentarzy
Share:

wtorek, 15 grudnia 2015

Wolontariat i "Burning Man" w Kolumbii

Wszystko, co dobre kiedyś się kończy... Dużym plusem jest, że nie ważne ile za nami pożegnań zawsze jest perspektywa, że znów jesteśmy w drodze po kolejne wspaniałe wspomniana.
Wolontariat skończony, festiwal był niezapomniany...

Cóż można powiedzieć o tym doświadczeniu... W ciągu przygotowań był pot, było gorąco, najwięcej roboty na ostatnia chwilę. Ale wszystko się jakoś udało. Chwilami bycie kobietą nawet się opłacało; kolumbijskie chłopaki ugotowały nam kolację; arepa (bardzo popularne placki, są formą tutejszego chleba) razem z jajkami. Do tego wieczorne rozmowy w "spanglish"; trochę hiszpańskiego, trochę angielskiego. Bardzo fajnie było poznać trochę kultury i podłapać hiszpański.

Zwieńczeniem wolontariatu był festiwal, absolutnie niezapomniane doświadczenie. Z początku było trochę pod górkę, przyjechała policja i robiła problemy, wszystko po to żeby dostać więcej pieniędzy (podobno już wcześniej dostali; tutaj to norma). Daniel, nasz organizator, zarazem gospodarz, musiał zadzwonić do swojego taty, który ma wpływy, czy jakieś relacje z policją i po czasie sprawa była załatwiona od góry. Policja zablokowała nawet drogę wjazdową mówiąc ludziom, że impreza odwołana i, że nikogo nie ma. Takie sytuacje przypominają, że nie jesteśmy w Europie. Tutaj sprawy  załatwia się zupełnie inaczej. Smutne jest to, że organizując świetne wydarzenie dla ludzi, trzeba wpisać w kosztorys np. opłacenie policji. Daniel mówił, że nawet nic nie zarobi na tej imprezie, a wręcz straci, robi to, żeby otworzyć lokalnych ludzi na świat, na inne kultury i pokazać Kolumbii festiwal w którym on się sam zakochał będąc w te wakacje w USA. Myślę, że jak na pierwsze takie wydarzenie to wyszło bardzo dobrze, z roku na rok prawdopodobnie festiwal będzie się rozwijał i zyskiwał na popularności. Z ogromną ciekawością bym kiedyś wróciła i zobaczyła jak się ten festiwal zmienił po latach.

Dziwnie było się pożegnać, przede wszystkim z innymi wolontariuszami. Po całym tygodniu spędzonym razem człowiek się zaczyna przyzwyczajać, że widzi te same twarze, tworzy coś razem, pracuje, je śniadanie, potem imprezuje cały weekend. No cóż, kto wie, może kiedyś nasze drogi z niektórymi się jeszcze zetną, a może nie...

Teraz jesteśmy na lotnisku i czekamy na nasz opóźniony lot na Florydę, skąd za tydz lecimy do Brazylii. Już wspomniałam, że plany się zmieniły. Ponad to, okazało się, że najtańsze połączenie do Brazylii jest przez Florydę, więc zostaniemy tam na tydzień zobaczyć naszych znajomych, a potem jeszcze druga połowa przygód w Brazylii.

Continue Reading
Brak komentarzy
Share:

czwartek, 10 grudnia 2015

Kolumbia: nie taki diabeł straszny jak go malują

Jest tak pięknie i gorąco, że nie wiadomo kiedy ten czas leci. Tyle się wydarzyło, jak również nasze plany się kompletnie pozmieniały, więc warto to uporządkować.

Wracając do początku; wylądowałyśmy w Kartagenie 1 grudnia, gdzie byłyśmy 3 noce, potem tylko jeden dzień w Bogocie, następnie w Salento, camping w Valle de Cocora i Pereira.

Pierwszy dzień w Kartagenie był trochę ciężki i szokujący, po miesiącu spędzonym w Stanach, gdzie zaczęło nam już być całkiem różowo i wygodnie, czułyśmy się trochę zagubione w tym jakże ciepłym i owianym złą sławą kraju. Zupełnie inny język, kultura, rzucamy się w oczy; ciężko wtopić się w tłum z tym kolorem skóry. Karolina mówi trochę po hiszpańsku, a ja się głównie uśmiecham i mówię, że nie rozumiem. Przynajmniej tak to wyglądało na początku. W Kartagenie nie znalazłyśmy couchsurfing'u, ale za to miałyśmy tani hotel załatwiony przez znajomego Karoliny siostry, który ma kuzyna w Kartagenie. Pierwsze wrażenia; bezdomne koty, zagadywanie na ulicy, malutkie stoliczki z telefonami, które wyglądały jakby były skradzione dosłownie przed chwilą, upał i wyostrzone zmysły. Minimalny szok; co my robimy, dlaczego, przecież było nam już tak dobrze na tej Florydzie. Ale byłybyśmy bardzo głupie gdybyśmy się zniechęciły, co gorsza wycofały w tamtej chwili. Już następnego dnia czułyśmy się o wiele lepiej i pewniej. Pojawiły się sympatyczne akcenty - w jednym sklepie zrobiono nam zdjęcie i poproszono o podpisanie się na mapie świata, bo jeszcze nikogo wcześniej nie mieli z Polski. Następnego dnia poszłyśmy już do hostelu, żeby poznać ludzi, zrelaksować się, posłuchać historii i wkręcić się w klimat. Tego samego dnia spotkałyśmy się z chłopakiem z couchsurfing'u, który nie mógł nas gościć, ale chciał się spotkać i pokazać miasto. Wypożyczyliśmy rowery i zwiedziliśmy miasto po zmroku. Śmigałyśmy na niewiarygodnie różowych rowerach, oczywiście z kaskami pod kolor. A mówiono, żeby nie wyglądać jak turysta ;). Pan, który wypożyczał nam sprzęt uznał, że to nam się najbardziej spodoba, wyglądałyśmy co najmniej śmiesznie, do tego miałyśmy odblaskowe kamizelki, chociaż widząc jak jeżdżą samochody w Kolumbii założyłyśmy kamizelki bez wahania... Bardzo fajny Kolumbijczyk, wiedział bardzo dużo o mieście i historii. Już w Kartagenie wiedziałyśmy, że nasz plan na przejechanie wszerz całego kontynentu Ameryki południowej może się nie udać. Za mało czasu i wahanie, czy wystarczy nam pieniędzy, czy zdążymy, co jak będzie tak jak w Kartagenie i nie znajdziemy couchsurfing'u etc. Zaczęła się burza mózgów, miliony pomysłów.
Wieczorem jeszcze poznałyśmy dużo osób i również dowiedziałyśmy się od jednej dziewczyny, która podróżuje już od ponad roku po Ameryce południowej, o stronie internetowej "workaway". Jest to wolontariat w zamian za nocleg i zwykle również dostaje się śniadanie lub więcej posiłków. W tym momencie miała moją pełną uwagę, a w naszych głowach zaczął się już tlić pomysł na nasze dylematy: ograniczony czas, budżet i problemy ze znalezieniem couchsurfing'u. Zdecydowanie spodobał nam się pomysł zwolnienia tempa i zmiany trasy. Fenomenalnie jak życie same nam znajduje rozwiązania, albo również krzyżuje plany.

Po 3 dniach w Kartagenie był już czas jechać dalej, nie wiedząc jeszcze dokładnie jak się reszta potoczy kupiłyśmy lot do Bogoty, był dosłownie 50zł droższy niż autobus, a 15h krótszy. Na couchsurfing'u dostałyśmy duży odzew. Niestety głównie od osób bez referencji/komentarzy, cóż czekałyśmy dalej. Nagle dostałyśmy wiadomość od chłopaka z Bogoty, że nie może nas gościć, ale oferuję żeby dołączyć się do niego i jego znajomej na wyprawę do Salento i do Valle de Cocora, gdzie i tak planowałyśmy jechać, po chwilowej dyskusji zgadzamy się, co oznacza że spędzimy w Bogocie tylko jakieś10h. Lot liniami Viva Colombia byłyby bardzo udany, gdyby nie to, że po odebraniu plecaka jedna kieszeń plecaka była otwarta i nie było 2 pendrive'ów i scyzoryka (jego najbardziej żal). No cóż oby komuś dobrze służyło, nie wielka strata. Mamy jeszcze scyzoryk Karoliny.
Dziewczyna z Bogoty, z couchsurfing'u zgodziła się nas oprowadzić po mieście, a w zamian chce ćwiczyć angielski-super układ. Cudowna dziewczyna, wzięła nas na dworzec, gdzie kupiłyśmy bilety na nocny autobus do Pereira, gdzie następnego dnia rano miałyśmy się spotkać z naszą dwójką towarzyszy podróży (wszystkie miejsca w ich autobusie zostały już wykupione). Wzięła nas nawet do siebie do domu, gdzie wysłałyśmy pierwsze zapytania o wolontariat w okolicy Salento i Pereira.

Znaleźliśmy się z Mauricio i Carol w Pereira bez problemu. Mauricio znał świetnie okolice, podobno bywa tam dość często. Nie dziwię mu się, bo było tam przepięknie. Salento w niczym nie przypominało Kartageny, ani Bogoty. Spokojne miasteczko z panami w sambrero, grającym na gitarach. Dużo sklepików z ręcznie robiony rzeczami, większość pod turystów, również tych Kolumbijskich turystów. Jakoś tak sielankowo... Podoba nam się. Zdjęcia, piwo, muzyka i czas spać.
Następnego dnia pojechaliśmy do doliny (Valle de Cocora), widok zapiera dech. Jest przepięknie. Mauricio zapytał, czy chcemy zrobić naszą przyprawę na lewelu ciężkim, czy strasznie ciężkim: wszystkie w 3 zgadzamy się na strasznie ciężki szlak i było warto. Zdjęcia nie są w stanie oddać piękna tych widoków. Udało nam się wdrapać na górę, mimo zadyszki, a po drodze zobaczyć kolibry. Wieczorem rozpaliliśmy ognisko i poszliśmy spać do namiotów. W nocy wcale nie było ciepło, skończyło się na tym, że miałam czapkę, bluzę, dwie pary leginsów, śpiwór, a na stopach, oprócz skarpetek, miałam założone rękawiczki. Następnego dnia pożegnaliśmy się i pojechaliśmy w swoje strony, oni do innego parku i gór, a my już miałyśmy odzew z "workaway", żeby pomóc w przygotowaniu festiwalu, który jest już w tą sobotę, czyli jutro, a my od 4 dni pocimy się wraz z szóstką innych wolontariuszy i grupą latynosów. Jest świetnie! I już nie możemy doczekać się festiwalu- Kolumbijska wersja "Burning Man", który oryginalnie odbywa się w Nevadzie. Będzie muzyka elektroniczna i prawdopodobnie nieprzespany weekend.

Continue Reading
4 komentarze
Share:
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Featured Post Via Labels

Instagram Photo Gallery